Ania w podrozy_II Rajd Architektow-2014-07-20

II Rajd Architektów

Rajd rowerowy architektów ‘Jedno-Śladem Pierwszych Piastów’ to wyprawa sportowo-edukacyjna Koła Naukowego Architektury Rodzimej z Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej. Zwiedzaliśmy polskie zabytki architektury romańskiej, odległości między nimi przemierzając na rowerze.

 


Tegoroczna trasa wyznaczona została wzdłuż szlaków polskiej architektury romańskiej. Rajd trwał dwa tygodnie, na rowerach z dobytkiem na bagażniku. Zobaczyliśmy niemało, przejechaliśmy ok. 900 km, spaliliśmy miliony kalorii, podobną ilość jednak zjedliśmy, opaliliśmy skórę zostawiając skarpetki, spodenki i rękawki bladymi.

rys.: Maciej Dygas, Koło Naukowe Architektury Rodzimej


mapa: Katarzyna Wawer, Koło Naukowe Architektury Rodzimej

Poniżej zamieszczam zdjęcia głównie moje, ale także te zbiorowego autorstwa – pochodzą one z aparatu koła naukowego, albo telefonów/aparatów własnych. 


Rajd

turnus pierwszy

Pierwszy przystanek! Sprzęt już częściowo ujarzmiony – hamulce sprawne, kask powoli dopasowuje się do kształtu głowy, dętka dalej napięta, a nóżka, ledwo bo ledwo, utrzymuje ciężar sakw.

Ależ romantycznie w parku Arkadia. Porządku i rowerów pilnował uroczy parkowy psiak… Arkadiusz!

 

Z grupowego autoportretu byłyby nici, gdyby nie nadzwyczaj długie ręce świadomego tego atutu Sidora:

foto: Maciej Sidorowicz

 

Skład “pierwszego turnusu”, czyli kto rowerował w pierwszym tygodniu (od góry od lewej): Organizatorka Kasia Wawer, Przemek Jaszczur, Maciek Sidorowicz, ja, Olga Maciejewska, Zuza Makaruk, Ania Wiącek, Gosia Mutkowska, Ewa Szajda, Dominika Meller i Organizatorka Asia Krzemińska.

 

Trasa prowadziła nas głównie po Wielkopolsce, gdzie po okresie sianokosów królowały takie widoki.

 

Umiejętnie zahaczała także o skanseny…

 

…z których odwiedziliśmy najpierw ten Łowicki. Przybliżono nam tu tradycję robienia wycinanek i dawny styl życia.

 

Na Anię zawsze można liczyć, nadworna gwiazda.

 

Geometryczny środek Polski, za sprawą metalowej geometrycznej rzeźby, dumnie wybija się na rynku miasteczka Piątek, zdającego się niewiele więcej ciekawego mieścić. Mimo że w matematycznym ujęciu środek nie ma powierzchni, ten szczęśliwie pomieścił jakoś tylu rowerzystów z pełnym ekwipunkiem.

 
 
Z nie mniejszą dumą zaczęliśmy dokumentować naszą obecność w strategicznych punktach rajdu. Towarzyszyły nam powiększone do odpowiedniej skali logotypy Koła Naukowego Architektury Rodzimej (KNAR) i jego Sekcji Rowerowej.

 

Na dowód – zdobywamy Tum pod Łęczycą! Ale gdzie jest Wally?

 

Tumską kolegiatę każdy z nas zna od najwcześniejszych dni na wydziale, kiedy to jeszcze z wigorem kreśliliśmy rzuty i przekroje historycznych obiektów. Z sentymentem odwiedziliśmy więc te mury, pół żartem, pół serio, chełpiąc się znajomością charakterystycznych romanizmowi cech architektury.

 

Buszujący w zbożu…

 

Tej pierwszej namiotowej rajdowej nocy spaliśmy smacznie przez sen mrucząc o addycyjności brył.

 

 

Dziwnym trafem zdecydowaną większość nocy spędzaliśmy goszczeni przez klasztory, kościoły czy instytucje kościelne. Nawet hostel, na który się spontanicznie zdecydowaliśmy, nosił nazwę “Hostel pod aniołami”. Tutaj na swój teren przyjęli nas bracia zakonni w Brdowie.
 

 

Nasza obecność naturalnie wpływa na krajobraz odwiedzanych przez nas miejsc…

 

Szczodrość księdza proboszcza odmieniła oblicze całego rajdu! Parafia prowadzi program pomocy społecznej w tym rozdawanie żywności od UE i CARITAS. Ksiądz wyjaśnił, że niektóre produkty zbliżają się do końcowej daty ważności i zaproponował ciasteczka. Nie minął kwadrans, gdy koło namiotów pojawiła się góra jedzenia – hurtowa ilość herbatników, karton dżemów, kilkanaście puszek pulpetów w sosie i kilogramy mielonki. Ważyło to w sumie spokojnie tyle, co dodatkowy rowerzysta.

 

I tak za sprawą podarowanych puszek zasmakowaliśmy nowej jakości posiłków polowych.

 

Nim słońce zdążyło wspiąć się powyżej linii horyzontu, każda jedna znalazła miejsce w czyjejś sakwie. Wybrawszy sen ponad apetyt, nie załapałam się na wiele… Szczęśliwie jednak przy każdym społecznym posiłku towarzyszyły nam odtąd Brdowskie Przysmaki. Ostatnie pulpety poszły dopiero ostatniego dnia!!!

 

Przerwa na popas! Z dziennika kulinarnego: Podarowane zapasy schodzą coraz mniej łapczywie.. Pojawiły się pierwsze przypadki przejedzenia herbatnikami. Organizatorki zalecają umiar i zapewniają, że poszkodowani są pod stałą obserwacją.

 

Przemo przedstawił nam “słowiański przykuc”, który odtąd wytrwale stosowaliśmy w nie-rowerowych momentach.

 

Tego dnia jechaliśmy wzdłuż Warty, korzystając z uformowanych wałów. Zbliżaliśmy się do Konina. Przejście przykrytego sianem ledwo przejezdnego wału w nowiusieńkie szerokie konińskie bulwary totalnie nas zaskoczyło. Konin szczyci się nie tylko bulwarami, ale przede wszystkim prawdopodobnie najstarszym znakiem drogowym (XII w.) w Polsce. Ma on postać kamiennego słupa, pokrytego inskrypcjami fundatorów i wyznaczającego połowę drogi z Kruszwicy do Kalisza. Sprawdza się także w kierunku przeciwnym.

 

Byliśmy dobrze przygotowani w zakresie architektury romańskiej. A w pozostałych zagadnieniach liczyliśmy na Asię, wożącą w telefonie połowę zbiorów biblioteki WAPW.

 

Słup Koniński wyznaczał 42km do Kalisza. A w połowie relaks.

 

Hostel pod aniołami. Dzień jak co dzień, czyli cały dobytek trzeba z rowerów zdjąć, rowery spiąć i rzeczy na górę wziąć.

 

Słońce czasem nie dawało za wygraną, jak przy wyjeździe z Kalisza. Słoneczny dzień chyba nie może być do końca spełniony, jeśli nie ma w nim wakacyjnej kąpieli w jeziorze lub basenie. Jednak my już z daleka zobaczyliśmy obietnicę rześkiego pocieszenia naszych ciał i umysłów…

Ironicznie dość wyszło, że świeżo wykąpani ruszyliśmy dalej, ale świeżo robioną drogą. Ruszaliśmy się jak muchy w smole i jak na smołę łapiąc wznoszony robotami kurz, pilingujący nakremowaną przeciwsłonecznie skórę. Było ciężko, kryzysowe nastroje rządziły przy wjeździe do Jarocina. Miasteczko naprawdę urocze, ale nocleg planowaliśmy nad wodą. Z Zalewem Jarocińskim wiązaliśmy już naprawdę duże nadzieje. Jeszcze nie wiedzieliśmy, że czworonożne pupile nawet najodważniejszych mieszkańców się w nim nie kąpią, a bezpośredni kontakt z wodą grozi poważną wysypką.

 

Cóż, przetrwaliśmy ten kryzys, myślę że głównie dzięki budyniowi (na dwa garnki!) na brdowskich herbatnikach z kapką brdowskiego dżemu. Bo co innego tak efektywnie zrekompensowałoby wieczorny brak wody, nocny brak ciszy (za ten obwiniać należy żaby…) i poranny brak chłodu (temu samiśmy sobie winni, gdyż jedyne zacienione miejsce obstawiliśmy rowerami…)?

 

Zachowane romańskie obiekty to w zdecydowanej większości obiekty architektury sakralnej. Przeciętna ilość odwiedzanych przez nas dziennie kościołów wynosiła zatem 3. Tu należą się ogromne brawa za wytrwałość Oldze – jedynej nie z wydziału architektury uczestniczce rajdu.

 

Gostyń, a w nim polska kopia weneckiej świątyni Santa Maria della Salute. Bardzo rzadki typ kościoła na planie centralnym.

 

Relacja Gostyń-Śrem zapisała się na kartach rajdowej historii dzięki rekordowej prędkości jazdy grupy – 2 km/h! Chcąc przechytrzyć system dróg krajowych wpakowaliśmy się w tereny równie piękne, co zdradliwe i pokutowaliśmy jazdą pod górkę, po wertepach, w piachu – wszystko na raz. Raz po raz mijały nas naprawdę powolne traktory. Po godzinie wróciliśmy na krajówkę 2 km od wykorzystanego zjazdu. Pył dostał się wszędzie poza skarpetkami.

 

W Śremie czekała nas prawdziwie polska gościna w szkole podstawowej i zaskakująco żywiołowe stare miasto.

 

W Kórniku z kolei zajrzeliśmy do zamku, którego bujna historia sięga XIV w. Zarządcy są w nim wyjątkowo skrupulatni jeśli chodzi o sposób zwiedzania, nakazując m. in. noszenie filcowych kapci.

 

Nie bardzo dało się w tym chodzić (schodzenie grozi wręcz wypadkiem), wszyscy (włączając starsze niemieckie małżeństwo o laskach) sunęli więc między bogato wyposażonymi salami. Ci co bardziej doświadczeni wiedzą, że jest to najlepsza metoda na utrzymanie posadzek w katalogowym stopniu wypolerowania.


Rajd

turnus drugi

 
Poznań wyznaczył koniec trasy niektórym uczestnikom, a niektórym był jej miłym początkiem. Część z nas jechała dalej, a parę osób przyjechało wręcz tylko na jeden dzień. Wielka rotacja. Totalny zawrót głowy.
 

 

Razem z Dominiką dotarłyśmy do Poznania nieco wcześniej od reszty grupy, znajdując czas na przyrynkowy relaks. Nie tak się kojarzy zazwyczaj rajd rowerowy…

 

Ściany i mury miasta pokryte są intrygującym graffiti, mającym tego samego autora i, co ciekawe, tego samego bohatera.

 

W składzie powiększonym o Beatę Głaz i Judytę Walichnowską wsuwamy lody w drodze na Lednicę.

 

Skansen lednicki.

 

 

Nie mogło nas zabraknąć w pierwszej stolicy Polski. To tutaj dołączyli do nas Ola Wróblewska i Piotrek Kuczyński.

 

Zwiedzanie katedry gnieźnieńskiej z charakterystycznym obejściem.

 

Widok ze szczytu wieży.

 

W Mogilnie przyjęto nas na noc w klasztornym hotelu. Siedziba zakonników ma niesamowite położenie na szczycie wzgórza, na skarpie nad jeziorem. Domyślam się, że są to widoki sprzyjające medytacji.

 

W kaplicy zastaliśmy braci podczas prac konserwatorskich. Żarty i żarciki przeszły płynnie w licytację, kto wie więcej na temat obiektu, a następnie w spontaniczną oprowadzaną wycieczkę po zazwyczaj niedostępnych częściach.

 

Brat Szymon i Asia.

 

Tym sposobem dostaliśmy się do drugiej najstarszej w Polsce romańskiej krypty. Chłód zakonserwował nawet kości dawnych zakonników. Bracia nie mieli skrupułów machając nam nimi przed nosem. Beata długo zbierała psychikę do kupy po tym incydencie.

 

Baaardzo stary filar :)

 

Wyśmienite poczucie humoru braci zakonnych udzieliło nam się momentalnie. Nawigacja po kompleksie klasztornym była jedyna w swoim rodzaju. Ciekawe, czy trzymają tam nowe zapasy herbatników?

 

Kolejne próby objazdów małymi drogami kończyły się równie emocjonująco, co poprzednie. Tym razem przebijaliśmy się przez kamienną pustynię, następnie cierniowy las, by wylądować na polu wysokiej na 2m kukurydzy.

 

Jakość dróg odbiła się na stanie technicznym rowerów. Pokaz wymiany dętki w wykonaniu Sidora. Kamery go uwielbiały, z wzajemnością. Ta dętka była jednak pierwszą z całej serii, które masowo dziurawiły się od tego momentu.
 

 

Na szczycie Mysiej Wieży w Kruszwicy.

 

Bydgoszcz to dla mnie największe zaskoczenie na trasie rajdu. Wspomnienie sprzed kilkunastu lat podpowiadało mi obraz szarego smutnego miasta. Zwrot o 180 stopni przy okazji tej wizyty!

 


WARSZAWA

Rajd zakończyliśmy przyjazdem pociągiem do stolicy. Wyrazy uznania dla Kuby, który pokonał całą trasę na longboardzie. To kiedy kolejny rajd rowerowy?
 


KONIEC.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *