Ania w podrozy_Summer trip vol. 1 - Hiszpania-2013-08-21

Summer trip vol. 1 – Hiszpania

Hiszpania jest krajem różnorodnym krajobrazowo i kulturowo. Każdy z jej regionów różni się znacząco, co sami Hiszpanie za punkt honoru wyznaczają sobie podkreślać przy każdej okazji. Odwiedziliśmy Cantabrię, Asturię i kraj Basków. A tam nie spotkaliśmy Hiszpanów, tylko, jak sami zaznaczali, Cantabryjczyków, Asturian i Basków.


Summer trip vol. 2 – Hiszpania

czyli samochodem po Hiszpanii  

 

W wyniku serii szczęśliwych zbiegów okoliczności załapałam się na samochodową wycieczkę objazdową po północnej Hiszpanii i Francji. Z dnia na dzień niemalże musieliśmy się z Szymonem zdecydować, czy zajmujemy ostatnie 2 miejsca, zwolnione w ostatniej chwili przez znajomych znajomych. Wszystko było już zaplanowane, czekały nas tylko turystyczne zakupy i w poniedziałek 12.08.2013 byliśmy już w drodze do Santander, stolicy Cantabrii, gdzie po spotkaniu reszty załogi, zaczęliśmy trip od wynajęcia auta. W pierwszym tygodniu odwiedziliśmy Cantabrię, Asturię i kraj Basków – każdy z regionów Hiszpanii różni się znacząco, co sami Hiszpanie za punkt honoru wyznaczają sobie podkreślać przy każdej okazji. Przewidując swoją trudność w odtworzeniu przebytej trasy, na bieżąco tworzyłam mapę odwiedzanych przez nas miejsc: SPANISH + FRENCH TRIP.

 


DZIEŃ 01: Santander, Cantabria

Pogoda nie trafiła nam się na początek najlepsza, stąd też i nie najwięcej zdjęć. Uwagę jednak zwracały gdzieniegdzie co ciekawsze rzeźby miejskie.

 (fot. Szymon Biernacki)                                             


DZIEŃ 02: Mieres + Gijón, Asturias

Skuszeni wieloma opowieściami szukaliśmy miejsca do spróbowania lokalnych przysmaków. Większość potraw bazuje w Asturii na intensywnym kozim serze cabrales, a popija się je wszechobecnym cydrem. Lokalne knajpki na placu w Mieres.

  (fot. Ola Makuch)

Polewanie cydru okazało się sztuką, wartą uwiecznienia nawet w postaci fontanny. Napój nalewać należy z jak największej wysokości, żeby nabrawszy powietrza stał się lekko gazowany, i w takiej postaci natychmiast wypity.

Nie trzeba chyba wspominać, że nam polewanie nie szło tak sprawnie…

 (fot. Ola Makuch)                                      

Gijon, miasto portowe, z własnym logo XXL umiejscowionym w centrum i miasta, i uwagi.

Pierwsze tegoroczne spotkanie z oceanem…

(fot. Szymon Biernacki)

I cały nasz skład na pierwszy tydzień: Szymon, ja, Marcin, Staszek i Ola, która nas na tę wyprawę namówiła.


DZIEŃ 03: Góry! Parque Nacional de Redes, Asturias

Hiszpania potrafi zaskakiwać różnorodnością krajobrazów, szczególnie na północy, gdzie niecałą godzinę drogi od oceanu teren zaczyna się piętrzyć i formować góry.

Magiczne, moim zdaniem, maleńkie miejscowości kryły wiele ciekawych lokalnych rozwiązań. Przykładowo powtarzający się model wyniesionego na drewnianych kolumnach rozpadającego się domku, jakby stodoły, służącej być może do przechowywania drewna, siana, czy jako warsztat. Podniesione partery odsłaniały zgromadzone surowce, a ani piętro, ani parter nie mogłyby pomieścić wyprostowanego człowieka.

Gdzieś na szlaku Parku Narodowego Redes.

  (fot. Ola Makuch)

 

  (fot. Szymon Biernacki)

Natknęliśmy się nie tylko na konie, krowy, czy stado górskich kóz, ale także na ich pasterza – niesamowicie witalnego skorego do opowieści 85-letniego staruszka, który spędził w górach całe życie i zna je niczym własną kieszeń.

Kolejne podejście do asturiańskiej kuchni. Naturalnie wszystko z serem cabrales.

A w takim ślicznym miejscu – Collanzo – mieliśmy przyjemność nocować przez pierwsze 3 noce.


DZIEŃ 04: Lastres, Asturias + Picos de Europa, Cantabria

Lastres spokojnie mogłoby posłużyć do wizualizacji rajskiego wypoczynku. Miasteczko położone tuż przy wodzie, piętrzące się i ściśnięte, pokryte równo pomarańczową dachówką, z portem, pięknymi plażami a także widokiem na góry…

Domowe uprawy wina. Ciekawa też wyłożona dachówką elewacja.

W drodze przez góry. Picos de Europa stanowi najwyższe pasmo Gór Kantabryjskich. Na żywo widoki i ten ogrom przestrzeni przed nami zapierały dech…

  (fot. Ola Makuch)

 


DZIEŃ 05: Bilbao, Vizkaya

Kraj Basków wyraźnie odstaje od innych regionów – gospodarczo, kulturowo, językowo. Łatwo wyczuć “wyższy poziom” tuż po przekroczeniu granic. W Bilbao najwięcej czasu spędziliśmy oczywiście w Guggenheim Museum projektu Franka Gehry’ego.

  (fot. Szymon Biernacki)

Tutaj zaczęłam eksperymenty z techniką HDR (nie upieram się wcale, że udane).

Hall muzeum – panorama. Wszystko tańczy.

Absurdem tego muzeum jest zakaz robienia zdjęć ekspozycjom (!!!!!!). Bawiłam się z obsługą muzeum w kotka i myszkę, bo ta zawzięcie pilnowała jego przestrzegania. A wystawy byłyby tak fotogeniczne! Zdecydowanie najfajniejsza była sala gigantycznych rzeźb, jakby papierowych arkuszy – powyginanych, pozawijanych i przeskalowanych do ludzkiej skali, tworzących labirynty i korytarze o falujących ścianach. Już po kilku eksponatach błędnik wariował, a echo dezorientowało. SUPER. Instalacja “Matter of Time”, Richard Serra.

  (fot. Szymon Biernacki)                                             

              

  (fot. Szymon Biernacki)                                             

 

  (fot. Szymon Biernacki)                                   

Przypadkiem trafiliśmy na windę prowadzącą na taras widokowy, która przeniosła mnie myślami do Lizbony, usłanej podobnymi windami, kolejkami, tarasami.


DZIEŃ 06: Wybrzeże, Vizkaya

Znaleźliśmy miejscowość z ujściem rzeki, i wieloma dzięki temu plażami. Te powiększały się w niesamowitym tempie – odpływ odsłaniał dodatkowe połacie czystego piasku i umożliwiał przy okazji dostęp do zanurzonych wcześniej skał i kamiennych korytarzy. Barrio Anzora.

  (fot. Szymon Biernacki)

 

Wdrapawszy się boso na odsłonięte skałki obserwowałam nieustannie cofającą się wodę.  Jeszcze godzinę wcześniej większość poniższego panoramicznego kadru wypełniałaby woda.

  (fot. Szymon Biernacki)

 

Nadoceaniczne miejscowości pękały w szwach, o czym się przekonaliśmy próbując na miejscu znaleźć jakikolwiek nocleg. Odwiedzając miejsca typu Leikitio, doskonale rozumiałam ogromną popularność tego regionu. Leikitio.


DZIEŃ 07: San Sebastian, Vizkaya

Ostatni przystanek w Hiszpanii. Tutaj odłączył się Szymon, a przyłączył Pablo, skazany odtąd na dużą dawkę języka polskiego. San Sebastian jest mocno turystycznym miastem, przyjmującym corocznie wielu Francuzów z uwagi na bliskie sąsiedztwo. Znowu rozumiałam przyczynę popularności – przepiękne widoki na wyspę i półwysep, zadbane plaże, bardzo graficznie wyglądające usystematyzowane namioty/leżaki, elegancko zaprojektowane elementy małej architektury w całym mieście. To właśnie takich smaczków brakuje w innych regionach Hiszpanii, bo przecież wszystkie mają ogromny wyjściowy potencjał.

Jak w raju…

  (fot. Ola Makuch)                                      

 

  (fot. Ola Makuch)

 

  (fot. Ola Makuch)

 

Odpływ znacząco skrócił wodny dystans do wyspy, żaglówek i dryfujących platform ze zjeżdżalniami. Do tego ciepła temperatura wody i zachodzące za wyspą słońce…

  (fot. Stach Łempicki)

 

Słoneczny patrol!

 (fot. Stach Łempicki)


Koniec części hiszpańskiej…

(wykonane online za pomocą http://bighugelabs.com/ polecam :)

 
 
 

Czytaj dalej…

Poznaj dalsze losy wycieczki, samochodem po Francji: “Summer Trip vol. 2 – Francja”.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *